Damasceńska Róża Rozdział 1

[ Warszawa, 23 czerwca 1971 roku. ]

Corbin zatrzymał się przed ozdobną furtką jednego z domów jednorodzinnych na warszawskim Wilanowie i wcisnął dzwonek. Mógłby się teleportować na drugą stronę ogrodzenia, ale raz, że za siatką już ujadał na niego pies gospodarzy, Kajtek, który był rosłym wilczurem; a dwa, że niezbyt dobrze by to świadczyło o jego wychowaniu. Czekał więc cierpliwie, aż ktoś mu otworzy.

Chwilę trwało nim na wąskiej ścieżce prowadzącej za dom, do ogrodu, pojawił się Mariusz Drawiński – właściciel przybytku i jednocześnie osoba, z którą Corbin miał do załatwienia kilka spraw. Sadząc po stroju – wytartych na kolanach dzwonach, luźnym, zakurzonym podkoszulku, rękawicach na rękach, oraz po trzymanej pod pachą łopacie, gospodarz został oderwany od prac w ogrodzie. Najpewniej nawet nie słyszał dzwonka, musiało go zaalarmować szczekanie psa.

Na widok Corbina wyraźnie się ucieszył, od razu przyspieszył kroku, grzebiąc po kieszeniach w poszukiwaniu kluczy od furtki.

– Corbin! – zawołał na powitanie. – Kopę lat! Jakie to szczęście, że ciebie przysłali, już naprawdę miałem powyżej uszu Fabia i Mateusza…

– Słyszałem, że się pokłóciliście. – Kiedy tylko furtka stanęła otworem, Radny uścisnął rękę gospodarzowi. Kajtek widząc, że jego pan nie ma nic przeciwko temu obcemu, obwąchał tylko buty Corbina i ruszył w stronę domu. – Fabio ciskał się u Henricha, że nie chciałeś mu zdać receptury. Pomyślałem, że sam się tym zajmę, zwłaszcza, że dawno się nie widzieliśmy.

– Zaraz nie chciałem. – Mariusz machnął ręką lekceważąco, po czym zaprosił gościa za dom. – Pozwolisz, że przyjmę cię w ogrodzie? Dzieciaki się tam bawią, a nie mogę ich zostawić samych. Opiekunka ma dziś wolne, a Lidia nie rusza się z łóżka…

Corbin zmarszczył brwi na te wieści. Słyszał, że żona Mariusza choruje i że właśnie to jest przyczyną jego wycofania się ze spraw Loży, ale nie sądził, że jest to aż tak poważne.

– Masz jeszcze czyjeś dzieci pod opieką? – zaciekawił się, kiedy podążali wąską ścieżką za dom. Na razie postanowił nie poruszać tematu choroby Lidii. Nie wiedział jak miałby pocieszać ludzi zmagających się ze śmiertelnymi schorzeniami, podczas gdy sam był obdarzony czymś na kształt nieśmiertelności.

Mariusz obejrzał się na niego zaskoczony. Chwilę mu zajęło skojarzenie, że przecież Corbin nie musi wiedzieć, jak bardzo przez ostatnie kilka lat zmieniło się jego życie. Dawno się nie widzieli i nie wymieniali informacjami.

– Nie, wszystkie dwie sztuki są moje – zaśmiał się. – Trzy lata temu urodziła nam się córka. Witek jest teraz dumnym starszym bratem.

Corbin na chwilę zaniemówił. Pierwsze co pomyślał, że to bardzo późne dziecko. Już przy Witku dziwił się i nawet niepokoił, że żona Mariusza zdecydowała się na potomka w dojrzałym wieku trzydziestu sześciu lat. A tu proszę, ledwie cztery lata później rodzi kolejne dziecko. Życie potrafi być ironiczne. Całą swoją młodość Drawaińscy poświęcili na staranie się o dzieci, a kiedy wreszcie dali sobie spokój, rodzi im się jedno za drugim.

Ogród nie był duży, ale naprawdę piękny. Pachniało w nim słodko i intensywnie różami. Nie było w tym nic dziwnego, bo to właśnie te kwiaty w nim królowały. Okazałe krzewy pięły się wzdłuż ogrodzenia oraz przy werandzie na tyłach domu, a ich kwiaty były duże i ciężkie, pyszniły się rozmaitymi kolorami, lecz przewagę miały te różowe. Corbin pierwszy raz widział coś takiego, nie znał się zbytnio na kwiatach, zaszeregował je po znajomej woni, ale jak na róże miały dziwny, zbyt kłębiasty układ płatków. No i ten zapach! Był tak intensywny, że aż kręciło mu się w głowie.

– Moja żona uwielbia te kwiaty – westchnął Mariusz widząc jak Radny ogarnia wzrokiem wypielęgnowane krzewy. – Zawsze fascynowało ją ogrodnictwo więc przywiozłem je z Damaszku, kiedy pobierałem tam nauki. Od tamtej pory zawsze, kiedy tam jadę przywożę jej nowy krzew. Chociaż teraz… to już będzie 10 lat odkąd byłem w Syrii ostatnio.

– To róże? – zapytał Corbin dotykając delikatnie jednego z pąków.

– Damasceńskie – przytaknął gospodarz z uśmiechem, na co jego rozmówca zareagował zdziwieniem. – Damaszek ma wiele skarbów. Tobie przymiotnik “damasceńska” kojarzy się pewnie tylko z damastalą, ale oni mają mnóstwo niezwykłości, które sygnują nazwą swojego miasta. Te róże są niezwykle rzadkie i trudne w uprawie. Oni znają sekret ich wiecznego życia. Nawet nie wiesz ile trudu mnie kosztowało wydarcie z nich i tej receptury.

– Zawsze mnie to ciekawiło… – zaczął Corbin, ale do ich uszu dobiegł wysoki pisk i obaj jak na zawołanie obejrzeli się w stronę werandy.

Przy ogrodowym stole siedziały dzieci Mariusza nad pobojowiskiem składającym się z kartek i kolorowych kredek. Właściwie to siedziała tylko mała dziewczynka, Witek stał obok niej, ręką zasłaniając sobie usta i nos, a spomiędzy jego palców kapała czerwona ciecz. Jego siostra patrzyła na to piszcząc i płacząc, roniąc krokodyle łzy, najwyraźniej przerażona widokiem krwi. W małej rączce ściskała okrwawioną, ostro zatemperowaną kredkę.

– O matko… – jęknął Mariusz słabo, natychmiast ruszając w stronę pociech.

– Wsadziła mi kredkę w nos! – poskarżył się natychmiast chłopiec, widząc zbliżającego się ojca. Odsłonił także buzię i teraz wyraźnie było widać obfity strumień krwi cieknący z nosa.

– Ubludził mi lysunek! – zaszlochała dziewczynka i Corbin ze zdumieniem zrozumiał, że nie płakała na widok krwi samej w sobie, tylko dlatego że szkarłatne plamy zakłócił feerię niebieskich barw na jej rysunku.

Mariusz nachylił się nad chłopcem i wytarł mu buzie swoją koszulką, przy okazji uważnie go oglądając i dopytując jak się czuje. Jego córce najwyraźniej bardzo się nie spodobało, że więcej uwagi poświęca Witkowi niż jej i wydała z siebie jeszcze donośniejszy, rozpaczliwy odgłos.

Rozpieszczona mała księżniczka, pomyślał Corbin.

– Przypilnuj jej chwilę, proszę – powiedział Mariusz żałośnie i posłał Corbinowi błagalne spojrzenie. – Muszę go umyć i doprowadzić do porządku, a nie mogę zostawić jej samej.

Na te słowa mała zawrzeszczała jeszcze głośniej, najwyraźniej bardzo jej się nie podobało to, że ojciec planuje ją zostawić samą z kimś obcym. Corbin tylko pokiwał głową na znak zgody. Mariusz ewidentnie zaczynał powoli wpadać w panikę, widać było, że nie ma pojęcia jak zapanować nad dziećmi w takiej sytuacji. Mężczyzna już bez słowa złapał syna za ramię i poprowadził go do domu w stronę łazienki. Dziewczynka dostała fachowej histerii.

– Nie becz – westchnął ciężko Corbin siadając obok małej na drewnianej ławce. Stanowczym gestem wyjął jej z ręki narzędzie zbrodni, w postaci ostro zatemperowanej, niebieskiej kredki. – Albo wezmę łopatę twojego ojca i zakopię cię pod werandą.

Kolejny wysoki pisk. Grożenie nie było dobrą metodą na okiełznanie rozpieszczonej dziewuszki.

Strumienie łez lały się z jej wielkich, jasnobrązowych oczu, a małe, malinowe usteczka wykrzywiały się w brzydkim grymasie. Corbin pomyślał, że wygląda jak mała lalka. Gładką, rumianą buzię miała otoczoną falującymi włosami w kolorze miodu. Była bardzo podobna do Lidii, tylko zadarty nosek miała po Mariuszu. Nawet kiedy płakała, wyglądała uroczo.

– No i o co tyle krzyku? – zapytał raczej nie oczekując odpowiedzi, liczył jednak, że w końcu zareaguje na niego jakimś innym dźwiękiem niż monotonny płacz. Może powinien jej oddać kredkę, ale poważnie obawiał się i o własny nos.- Tata zaraz wróci, a ja żartowałem z tym zakopywaniem. Jak masz na imię?

– Róża – padła odpowiedź, ale to nie mała jej udzieliła.

Głos dobiegł od strony szklanych drzwi prowadzących z werandy do domu. Zarówno Corbin jak i dziewczynka obejrzeli się w tamtym kierunku. Zobaczyli w progu szczupłą i drobną postać, w długiej, zwiewnej tunice. Na głowie miała zawiązany turban z jasnej chusty.

Mała na jej widok pisnęła krótko, zerwała się ze swojego miejsca i pobiegła wprost w jej ramiona. Corbin z trudem rozpoznał Lidię. Była wychudzona i blada, a pod oczami kładły jej się głębokie cienie. Wyglądała krucho i staro. Kiedy jej córka przytuliła się do jej policzka wrażenie się tylko spotęgowało. Teraz już nie mógł powiedzieć, że są do siebie podobne, twarz Lidii przy gładkiej i rumianej buzi dziecka wyglądała upiornie. Uderzyło go coś jeszcze w jej wyglądzie. Co prawda na głowie miała chustę, ale był niemal pewien, że pod nią jest łysa. Nie miała rzęs i brwi, i to ostatecznie odbierało jej niegdyś pięknej fizjonomii wszelki wyraz.

– Corbin – stwierdziła kobieta na jego widok i uśmiechnęła się blado. – Myślałam, że to znowu Fabio. Co się stało?

Pytanie już nie było skierowane do niego, Lidia zwróciła się do zapłakanej córki, skrawkiem swojej luźnej sukienki wycierając jej twarz z łez. Dziewczynka flikając i siąkając nosem powiedziała jej coś na ucho. Lidia się uśmiechnęła i popatrzyła na trzymaną przez Radnego kredkę. Corbin zrozumiał, że mała księżniczka jest także małą skarżypytą.

– Mamo! – Dobiegło ich radosne wołanie ze strony domu. Lidia obejrzała się za siebie, żeby zobaczyć jak rozentuzjazmowany Witek biegnie w jej kierunku. – Tata powiedział, że mogę mieć kolczyk w nosie! Róża zrobiła mi dziurkę.

Na nosie miał przyklejony wielki plaster, co musiało oznaczać, że siostra wcale nie wsadziła mu kredki zbyt głęboko, a zwyczajnie ręka uciekła jej trochę w bok i przebiła tylko skrzydełko nosa. Nic poważnego.

A mimo to Corbin dostrzegł poruszenie na twarzy kobiety, kiedy dotarło do niej, że dziecku stała się jakaś krzywda. Nie zdążyła jednak o nic spytać.

– Natychmiast wracaj do łóżka. – Mariusz momentalnie naskoczył na żonę. – Wszystko jest w porządku, to tylko mały wypadek.

– Nic nie jest w porządku, kiedy moje dzieci płaczą – odpowiedziała stanowczo i delikatnie zaczęła odklejać opatrunek z buzi Witka, żeby sama ocenić, na ile wypadek był mały. Chłopiec zdawał się być podekscytowany, że stał się bohaterem tego małego rodzinnego dramatu. Róża zaś znowu miała kwaśną minę, kiedy matka okazała więcej zainteresowania starszemu z rodzeństwa. – Poza tym masz gościa, zajmę się nimi przez chwilę, a wy w spokoju porozmawiacie. Przemyłeś to wodą utlenioną?

– Wcale nie płakałem – paplał Witek, niezwykle dumny z tego faktu. – To Róża beczała jak głupia. Ja byłem dzielny!

 – Oczywiście, że tak – odparł Mariusz próbując przekrzyczeć syna, niezwykle poirytowany, że żona posądza go o jakieś zaniedbania. – Poza tym naprawdę nie musisz…

– Ależ muszę. – Lidia przewróciła oczami ze zniecierpliwieniem. – Lada chwila oszaleję leżąc bezczynnie w łóżku. Rozwiązałam już wszystkie krzyżówki świata i przeczytałam wszystkie książki po tej stronie globu. Daj mi się, do diabła, trochę pozajmować moimi dziećmi.

Po tych słowach chwyciła dłoń Witka, a drugą ręką podźwignęła Różę sadzając ją sobie na ramieniu i opierając o biodro. Dziewczynka od razu objęła matkę za szyję i przytuliła się do niej, choć uwadze Corbina nie umknęło, że dalej go bacznie obserwowała. A dokładnie jego dłoń, w której wciąż dzierżył odebraną dziewczynce kredkę.

– Nie noś jej na rękach! – zawołał jeszcze Mariusz za żoną, kiedy razem z dziećmi szła w głąb ogrodu, w stronę altany, ale ta kompletnie go zignorowała. Zrezygnowany popatrzył na Corbina, który taktownie nie wtrącał się do rodzinnych spraw. – Ta kobieta mnie wykończy i to szybciej niż samą siebie.

Ten uśmiechnął się w odpowiedzi smutno, odruchowo chowając do kieszeni błękitną zdobycz. Choć widział jak choroba Lidii kładła się cieniem na ich domowej sielance, to i tak im zazdrościł.

Jedyną rodziną jaką Corbin posiadał, był brat, z którym doprawdy bywało różnie, a przez ostatnie kilka lat w ogóle się nie widzieli. Nie miał miejsca na świecie, które mógłby z czystym sumieniem nazwać domem, ani ludzi do których mógłby wracać. Zazdrościł Mariuszowi domu, ogrodu, żony i dzieci. I nawet psa. Po przeżyciu kilku stuleci, zgłębieniu wielu tajników magii, wyszkoleniu licznych swoich zdolnych i mniej zdolnych uczniów, przemierzeniu kontynentów wzdłuż i wszerz, mógłby się uważać za osobę spełnioną, która sporo osiągnęła, a jeszcze więcej widziała. I kiedyś nawet tak faktycznie było. Dziś jednak czuł się zmęczony i znudzony swoim trybem życia. Potrzebował odmiany, nowego bodźca, nowego celu. Podświadomie wiedział, że założenie rodziny, zatrzymanie się gdzieś na stałe, dbanie i zabieganie o więzy rodzinne mogłoby się okazać wręcz zbawienne, ale jak na ironię było dla niego nieosiągalne.

* * *

– Więc Fabio nie wspomniał ci o co naprawdę poszło? – zapytał Mariusz, kiedy wreszcie usiedli w salonie, nad butelką jarzębiaku. Corbin nie przepadał za tym trunkiem, ale nie odmówił, nie chcąc robić przykrości gospodarzowi. – No popatrz, ja go miałem za taką gnidę, a on nie puścił pary z gęby. Jestem zdumiony, chyba będę musiał odszczekać wszystkie klątwy jakie na niego rzuciłem…

Rzucanie klątw na członków Rady było teoretycznie surowo karane, choć efekt miało taki sam jak rzucanie grochem o ścianę, więc w praktyce nikt się tym nigdy nie przejmował. Członkowie Loży posiadali silną magiczną ochronę przeciw takim zabiegom. Inna rzecz, że Mariusz był praworządnym czarodziejem i Corbin wiedział, że tak naprawdę to nie zna żadnej groźnej klątwy. Więc tym bardziej puścił mimo uszu, to przyznanie się do winy ze strony przyjaciela.

– Naprawdę nie rozumiem tej całej awantury – westchnął Corbin ciężko i marszcząc brwi zajrzał do swojej szklanki. – A Fabio w ogóle nic nie mówi, warczy tylko, że zgłupiałeś do reszty i odmówiłeś zdania receptury. Pomyślałem, że zapytam u źródła o co chodzi, zwłaszcza, że Rada rozważała nasłanie na ciebie komisji.

– Fabio to głupiec. – Mariusz machnął ręką. – Jemu się pewnie wydaje że mnie chroni, ale ja już mu powiedziałem, że zdania nie zmienię. Potem przyłaził tu jeszcze Mateusz Rostowski, ten to dopiero cymbał, jak pragnę, kogo wy tam przyjmujecie? Tak czy inaczej, wydawało mu się, że moja kłótnia z Fabiem to tylko nieporozumienie na tle językowym i on to raz dwa załatwi. Nadęty kretyn.

Corbin miał nieco łagodniejszą opinię o Mateuszu, choć też nie zaliczał go do przesadnie bystrych osób. Rostowski był jednym z niewielu Polaków w szeregach Rady i bardzo chciał się wykazać i pokazać, że Polacy zasługują na ważne stanowiska w Loży. Jego patriotyzm był dość osobliwy (Corbin podejrzewał, że to nie tyle patriotyzm, co kompleks pochodzenia z małego, biednego kraju za żelazną kurtyną. Większość Radnych była światowcami otwarcie potępiającymi komunizm.) i objawiał się zwykle w najmniej odpowiednim momencie, a kiedy był faktycznie potrzebny niemal zanikał. Na przykład wtedy, kiedy Loża chciała uczynić go swoim głównym przedstawicielem w Kraju nad Wisłą, a on bronił się przed tym rękami i nogami, gotów brać pod swoje skrzydła nawet Antarktydę, byleby nie Polskę. Corbin podejrzewał, że chodzi o ustrój polityczny. Komunizm niszczył ten kraj i Loża miała z tym systemem i jego władzą poważny problem. Komunistyczni magowie byli niczym sól w oku Rady. Niby podporządkowani, a jednak bardziej wierni rządowi i ustrojowi niemagicznych, próbując przenosić te doktryny do magicznej polityki. Najwyraźniej Mateusz nie czuł się na siłach żeby się z tym mierzyć. I nie tylko on. Doszło do tego, że Radni pełnili tu rolę przedstawicieli z doskoku, jak w każdym z krajów za żelazną kurtyną.

Teraz Fabio pełnił swoją wartę nad Polską, więc to do niego należało między innymi pilnowanie Mariusza Drawińskiego – jednej, jeśli nie jedynej, osobie na świecie, której damasceńscy mistrzowie metalurgii powierzyli sekret ściśle tajnej receptury stali damasceńskiej. Prawdziwej stali damasceńskiej. Mariusz także jako jedyny zgodził się wytwarzać ją dla Loży. Teraz chciał zrezygnować ze współpracy, ale Radni nie zamierzali rezygnować z damastali. Chcieli aby w związku ze swoim odejściem zdradził im recepturę. I tu zaczęły się problemy, bo z relacji Fabia wynikało, że Mariusz odmówił.

Corbin poznał Mariusza jakieś 15 lat temu, kiedy jego kolej patronowania nad Polską dobiegała końca. Zaprzyjaźnili się i Radny słysząc plotki o jego niesubordynacji postanowił sam sprawdzić co się dzieje. Wiedział, że Rada doprowadzona do ostateczności może okazać się brutalna i próbować wydrzeć z Mariusza upragnioną formułę siłą. Corbin nie chciał żeby przyjaciela spotkało coś złego, czuł że jego obowiązkiem jest przemówić mu do rozsądku.

– Posłuchaj, – zaczął Corbin, nastawiony na zakończenie tej śliskiej sprawy tu i teraz – nie wiem jak Fabio czy Mateusz, ale ja zdaję sobie sprawę, że damasceńscy mistrzowie obdarzyli cię olbrzymim zaufaniem. Swoją drogą, o to chciałem spytać w ogrodzie. Dlaczego ciebie? Co takiego zrobiłeś, że wydali ci recepturę? Rozumiem, że robili to w przypadku swoich rodaków i następców, ale ty? Przybysz z daleka, o zupełnie obcej i odmiennej kulturze, należący do nieznanego im kręgu zrzeszającego konkurencyjnych mistrzów metalurgii… jak tego dokonałeś? Jak zdobyłeś ich zaufanie? Podejrzewam, że stawka była wysoka i wierz mi, że Loża ci to wynagrodzi, podaj tylko swoją cenę.

To właśnie od wielu lat intrygowało Radę – jak Mariusz Drawiński zdoła przeniknąć do Damasceńskiego Kręgu? Kręgi i stowarzyszenia mistrzów metalurgii zawsze lubiły się ze sobą spotykać i przekazywać sobie rozmaite nowinki, czy zwyczajnie przechwalać osiągnięciami. Jednak nigdy nie brali w takich spotkaniach udziału mistrzowie z Damaszku. Zawsze skryci i tajemniczy, nigdy nie pokazywali się publicznie i nie wychylali ze swoimi wyrobami. Lecz u magów z tamtych rejonów można było zauważyć rozmaite artefakty wykonane ze starożytnej i rzekomo zapomnianej stali damasceńskiej. Żaden z nich nie chciał powiedzieć skąd ma takie cudo. Rzeczy wyglądały na nowe, a jednak nowymi być nie mogły, gdyż podobno receptura damastali zginęła w mrokach zapomnienia już całe wieki temu. Dziwnie się też składało, że magowie którzy posiadali taką niezwykłą błyskotkę, zawsze okazywali się magami niezrzeszonymi w żadnym stowarzyszeniu, kręgu, czy sabacie i wszyscy jak jeden mąż twierdzili, że niezwykłą rzecz odziedziczyli po przodkach, z czasów, kiedy jeszcze damastal była znana i powszechnie używana.

Nie trzeba było długo czekać żeby Loża się tym zainteresowała. Stal damasceńska była jednym z najpiękniejszych, najtrwalszych i najpotężniejszych stopów metali jaki znała magiczna społeczność. Nie do pomyślenia było, żeby nadal ją produkowano, a Loża nie miałaby nad tym ani nadzoru, ani dostępu do wyrobów. Najpierw członkowie Loży próbowali przeniknąć do Damasceńskiego Kręgu, ale okazało się to niemożliwe. Mistrzowie na uczniów wybierali jedynie swoich potomków, koniecznie czystej krwi Syryjczyków. Okazali się też być nieprzekupni. Loża nie miała żadnych podstaw żeby reagować gwałtowniej, bez niezbitych dowodów, że jest przednimi tajona jakaś wiedza. Bez szpiega nie mieli szans tego stwierdzić. W sekrecie porwani i torturowani magowie czy członkowie Damasceńskiego Kręgu niczego nie wyjawili. Wielu z nich już na początku tortur popełniło samobójstwo. Bardzo zazdrośnie strzegli sekretu damastali.

Jednocześnie Loża uruchomiła swoich szpiegów w innych stowarzyszeniach mistrzów metalurgii z nadzieją, że któryś z nich coś wie, coś słyszał, może jednak był w bliskich stosunkach z jakimś damasceńskim kowalem. Oczywiście nadzieje okazały się płonne, ale jednego ze szpiegów zaintrygowała osoba Mariusza Drawińskiego, metalurga z Polski. Miał opinię osoby cieszącej się powszechnym zaufaniem, ludzie do niego lgnęli i chętnie mu się zwierzali. W Polskim Kręgu metalurgów cieszył się uznaniem i bezgranicznym oddaniem. Szpieg nie potrafił stwierdzić na czym może polegać fenomen tego człowieka, ale jeśli ktoś miałby mieć dość charyzmy żeby wkraść się w łaski damasceńskich mistrzów metali, to tylko Drawiński.

Zapytany wprost o tajemnice damasatli, Drawiński tylko się śmiał, mówiąc że nigdy mu nawet przez myśl nie przeszło bratać się z damasceńskimi mistrzami. Było powszechnie wiadomo, że to społeczność hermetycznie zamknięta i nieufna, i żaden rzemieślnik, czy to metalurg czy inny, nie próbował się z nimi przyjaźnić. To i tak z góry było skazane na porażkę.

Jednak Mariusza zaintrygował wątek legendarnego metalu i ku zaskoczeniu Radnych zaproponował siebie na stanowisko szpiega w Damasceńskim Kręgu. Był święcie przekonany, że mu się powiedzie i całkowicie ignorował fakt, że przed nim próbowali wykwalifikowani w szpiegowaniu, potężni magowie.

I faktycznie – udało mu się. Zajęło mu to trzy długie lata, ale pewnego dnia stanął przed przewodniczącym Loży, Prior Constantinem Magnim i wręczył mu miecz wykonany z damastali. Po czym oświadczył, że stop z którego jest wykonany wytworzył sam, korzystając z receptury damasceńskich mistrzów. Nigdy jednak nie wyjawił ani Radzie ani Priorowi sekretu tejże receptury. Na zamówienie Loży wytwarzał surowiec, ale nigdy nie dopuścił nikogo z Rady na tyle blisko, żeby zdradzić formułę.

Szybko awansował, Rada przyjęła go do swojego Trzeciego Kręgu, skąd tylko krok do Drugiego i zgłębienia tajemnic nieśmiertelności, ale Prior Magni zaczął blokować jego szybkie awanse i Drawiński utkną w Trójce. Corbin uważał to za dość oczywiste posunięcie. Drawiński wdarł się do Loży przebojem, znał sekretną recepturę, osiągnął to czego nie udało się wielu starszym i potężniejszym magom od niego i roztaczał swój czar powszechnego zaufania wśród Radnych. Był lubiany i szanowany. Constantin musiał się go zacząć obawiać, był właściwie wodzony przez niego za nos. Mariusz nie ujawniał receptury, w oczywisty sposób odmawiał Priorowi wiedzy, zamiast giąć kark w uniżonych pokłonach i spowiadać się ze wszystkiego, ale z drugiej strony wypełniał sumiennie wszystkie swoje obowiązki. Trudno się było do niego przyczepić, ale Magni postanowił nie dawać mu zbyt wiele władzy. Zlecał mu coraz mniej zadań, aż wreszcie jego jedynym obowiązkiem było wytwarzanie damastali. Prior dążył do zapomnienia jego nazwiska i w końcu mu się to udało. Niezapraszany na zgromadzenia i narady, nie piastujący żadnych ważnych funkcji, Drawiński szybko stracił na prestiżu i wreszcie został wydalony z Trzeciego Kręgu.

Jadnak Mariusza niewiele to obeszło. W sumie był zadowolony z tego, że wreszcie przestano postrzegać go jako swoistą gwiazdę i dano święty spokój. Robił co do niego należało, za co Loża mu płaciła, a on sam żył na poziomie i zajmował się rodziną. Wszyscy byli zadowoleni, aż do teraz. Do dnia w którym Mariusz postanowił się wycofać i zerwać współpracę z Lożą.

– Ty wciąż nie rozumiesz – westchnął Drawiński w odpowiedzi na pytania Corbina. – W sumie nie ma w tym nic dziwnego, nigdy nie próbowałem stosować tego na tobie. Ale myślę, że Prior Magni już wie…

Corbin faktycznie nic z tego nie rozumiał i wcale się z tym nie krył. Mariusz nagle zaczął zachowywać się dziwnie i nie objawiało się to tylko tym, że zaczął mówić bez sensu. Jego postawa, sposób w jaki siedział, zdradzała napięcie i zdenerwowanie. Jednocześnie na jego twarzy malowała się determinacja. Spojrzał Radnemu w oczy i powiedział bardzo cicho:

– Constantin musiał się w pewnym momencie zorientować co robię z jego ludźmi. Dlatego mnie odsunął. Gdybym chciał zabrałbym mu wszystko. Ale nie chciałem. Ten rodzaj władzy nigdy mnie nie interesował. Byłem mu posłuszny, wykonywałem jego polecenia, oszukałem i okradłem ludzi, którzy mi ufali, żeby zatkać mu tę pazerną gębę upragnioną damastalą i widzisz co dostaję w zamian?

Corbin nie był pewien jak powinien zareagować. Człowiek, który siedział przed nim, nie był Mariuszem Drawińskim jakiego znał – pogodnym, prostym i życzliwym mężczyzną. Ten Mariusz był rozżalony i gniewny, przemawiał z goryczą o jaką go nigdy nie podejrzewał.

– Lidia umiera – oświadczył wreszcie sucho, kiedy nie doczekał się żadnej werbalnej reakcji ze strony Radnego. – Lekarze spisali ją na straty już dawno, a znachorzy i uzdrowiciele rozkładają tylko ręce i powtarzają w kółko, że nic nie mogą dla niej zrobić, dopóki ona nie uwierzy w któregoś z ich przeklętych bogów. To samo Kościół. Niech wierzy, niech się modli, niech zaufa Bogu… Nie muszę ci chyba mówić, że Lidia jest ostatnią osobą jaką znam, która klękałby przed jakimś ołtarzem. Jest uparta jak oślica, ale w niej zwyczajnie nie ma wiary ani pokory. Choćbym ją zmusił do pokłonienia się przed którymś z bóstw, to ich nie interesują puste gesty, tylko bezgraniczne oddanie. Choćbym zagroził śmiercią wszystkim kapłanom każdej znanej mi religii, pod przymusem jej nie uzdrowią. Łaska na nich nie spłynie, a mój dar względem nich, jak na pieprzoną ironię, jest bezużyteczny. Ci, którzy mają moc uzdrawiania, mają też silną wiarę i nigdy nie odwrócą swoich oczu od boga, żeby skierować je na moje zachcianki. Nie ulegną emocją, przekonani, że służą wyższej sprawie. Czy dociera do ciebie w jakim ślepym zaułku się znalazłem?

Corbin zaczynał powoli rozumieć. Bardzo powoli i bardzo niechętnie. Nie, to nie może chodzić o to. Mariusz nie mógłby być aż tak głupi…

– Masz dar wpływania na zachowania innych ludzi? – Ta myśl sprawiła, że Radny poczuł się bardzo nieswojo. Nagle zaczął odkrywać drugą twarz tego człowieka. I bardzo mu się ona nie podobała.

– Nie, to tak nie działa – zaśmiał się Mariusz i pokręcił głową pobłażliwie. – Nie wierzę, że nigdy się z tym nie spotkałeś, z tego co wiem jesteś naprawdę stary. Musiałeś o tym słyszeć. Jestem empatą.

Corbin, owszem, słyszał, choć faktycznie nigdy dotąd, podczas całego swojego długiego życia, nie spotkał empaty. A przynajmniej nic o tym nie wiedział.

Empaci nie tyle wpływali na wolę innych, co na ich emocje. W większości przypadków jedynie współdzielili uczucia z ludźmi, z którymi byli blisko. Potrafili wyczuwać ich nastroje lub zwyczajnie wiedzieli, kiedy dzieję się z nimi coś złego. Ale zdarzali się też dużo potężniejsi empaci. Tacy, którzy nie tylko wyczuwali ludzkie emocje, ale potrafili w znacznym stopniu je zmieniać. Uczucia niosą ze sobą wszystko to, czym jest dana osoba, wiele z nich ma silne oddziaływanie na decyzje i wybory jakie podejmuje. Nic dziwnego, że Mariusz zdołał wkupić się w łaski damasceńskich mistrzów. Nic dziwnego, że ludzie go lubili i lgnęli do niego. Nic dziwnego, że był wstanie owinąć sobie połowę Rady wokół palca. Jeśli potrafił sprawić, że czuli się przy nim dobrze, jeśli potrafił odpędzić ich złe nastroje i lęki, nie miał problemu ze zdobyciem ich zaufania. Ci ludzie podświadomie skłaniali się ku niemu, gdyż ich umysły pamiętały ulgę jaka przychodziła, kiedy tylko Drawiński był w pobliżu. Można powiedzieć, że pewien sposób uzależniał ich od siebie. A w każdym razie mógł to zrobić bez większych problemów.

Gdzieś tam w środku Corbin poczuł się zdruzgotany tym, w jaki sposób Drawiński zyskiwał przyjaciół i sprzymierzeńców. Podświadomie czuł się zdradzony i oszukany. Zaczął się gwałtownie zastanawiać, czy jego sympatia do tego mężczyzny nie była tylko iluzją, karmioną darem Mariusza.

Cały problem z empatami polegał na tym, że ich rozpoznanie było niemożliwe dopóki sami się nie przyznali kim są. Podobnie jak telepaci czy telekinetycy, empaci opierali się wszelkim magicznym identyfikacjom. Mogli z powodzeniem udawać zeromagów i żaden magiczny test by ich nie wykrył. Nie czerpali bowiem swoich mocy z zewnątrz, nie gromadzili energii, więc też jej nie wydzielali, opierając swoje działania tylko na sile własnych umysłów. Ich aury niczym nie różniły się od aur zwykłych śmiertelników, jeśli nie posiadali żadnych innych magicznych zdolności.

– Nie rób takiej przerażonej miny. – Mariusz wyraźnie się zasępił, widząc reakcję przyjaciela na tę rewelację. Prawdopodobnie wyczuwał także emocje jakie mu teraz towarzyszyły. Gniew, strach, niedowierzanie. – Tak jak powiedziałem: nigdy nie użyłem swojego daru na tobie. Mam swoje zasady. Nie wchodzę z butami do głów ludzi, na których mi zależy. Nigdy nie stosuję tego na rodzinie. Ani na przyjaciołach. A ciebie uważam za przyjaciela i wierzę, że nie okażesz się tak krótkowzroczny jak Fabio. On nie przekazał mojej oferty Constantinowi. Wiem, że nie chciał źle, ale to nie zmienia mojej sytuacji. – Urwał i nachylił się w stronę Corbina, zniżając nieco ton głosu. – Pytałeś o moją cenę, tymczasem zadowalającą mnie stawkę nosisz na szyi.

– Corbin niemal natychmiast się od niego odsunął, w obronnym geście zaciskając dłoń na małym, błękitnym flakonie, który nosił na długim łańcuszku, zawieszony na szyi. A więc jednak, Mariusz faktycznie był tak głupi, żeby żądać niemożliwego.

Obaj mężczyźni mierzyli się teraz wrogim wzrokiem i zdaje się, że obaj właśnie myśleli o tym samym. Mariusz mógłby w prosty sposób zmusić Corbina, żeby oddał mu wisiorek. Wystarczyłoby wzbudzić w nim odpowiednie emocje, jak litość, współczucie lub strach, na tyle silne żeby nie mógł się im oprzeć. Żeby podzielił się darem życia, który nosił zamknięty w tym małym, niepozornym naczyniu.

Obaj jednak również wiedzieli, że to wyjście przyniosłoby Drawińskiemu bardzo krótkotrwałe korzyści. Wszystkie niezwykłe wisiorki Radnych były zaczarowane tak aby natychmiast alarmować Radę, kiedy ktoś inny, niż prawowity właściciel, dobierze się do ich zawartości.

Oleista, błękitna ciecz zamknięta w falkonie na szyi Corbina, była właśnie tym co otrzymywali ci Radni, którzy zawędrowali w hierarchii Loży do Drugiego Kręgu Rady. Znana pod wieloma nazwami, jak panaceum czy eliksir życia, wytwarzana z Piątej Esencji, zapewniała tym, którzy się jej napiją wieczną młodość i wieczne zdrowie. Radni od Drugiego Kręgu wzwyż nie chorowali ani się nie starzeli, zatem też nie umierali, nie z przyczyn naturalnych. A i z nienaturalnych było im trudno zejść z tego świata, gdyż wieloletnie przyjmowanie eliksiru życia powodowało przyspieszoną regenerację. Rany, które uchodziły za śmiertelne dla zwykłego człowieka, dla Radnego były jedynie zadrapaniami. Jeśli chodzi o zabijanie członków Loży, to najskuteczniejsze było odcięcie im głowy. Pod warunkiem, że któryś z tych potężnych magów pozwoliłby się podejść.

Poza zapewnieniem witalności, młodości i zdrowia, eliksir życia także leczył. Nie miało żadnego znaczenia czy choremu doskwiera zwykłe przeziębienie, czy znajduje się na krawędzi trawiony przez śmiertelną chorobę, czy też traci życie z powodu głębokich ran. Już kilka kropli tej mikstury stawiało na nogi ludzi, którzy stali nad grobem. Napój był potężnym artefaktem i Loża strzegła go lepiej niż źrenicy oka. Od stuleci pilnowała sekretu jego przyrządzenia, zapisanego ponoć na legendarnej Szmaragdowej Tablicy i dzieliła się eliksirem tylko z najbardziej oddanymi członkami Rady.

Kiedyś przepisy nie były tak restrykcyjne. Radni podawali miksturę swoim rodzinom i najbliższym, chcąc zabrać ich ze sobą w drogę ku wieczności. Sama Rada, składająca się przed wiekami aż z Pięciu Kręgów, była całkowicie objęta mocą panaceum. Niestety ścisła kontrola, przy tak wielu chętnych stojących w kolejce po nieśmiertelność, była niemożliwa i wreszcie rozdawanie napoju na prawo i lewo zakończyło się katastrofą. Mikstura została podana nieodpowiedniej osobie, która wykorzystała jej moc, jak i nauki Loży aby zdradzić i zgładzić Prior Sophię – przywódczynię, która od zarania istnienia zgromadzenia stała na czele Rady. Po tym wydarzeniu wszystko się zmieniło. Eliksir życia przestał być produkowany w dużych ilościach, zaczęto ściśle kontrolować osoby, które nosiły wisiorki z magicznym płynem, ograniczając jego użycie tylko do prawowitych właścicieli. Surowo karano zarówno tych Radnych, którzy ośmielili się podać miksturę osobom trzecim, jak i ludzi, którzy przyjęli od nich ten dar. Nie ważne jak wysoko ktoś był w hierarchii Loży, bez pozwolenia Priora nie mógł się dzielić z nikim eliksirem życia. A Prior Magni, gdy zasiadał na stanowisku przewodniczącego Rady, przysięgał, że nigdy takiego pozwolenia nie da.

Mariusz porywał się z motyką na słońce próbując wymusić na Radzie panaceum w zamian za recepturę damastali. Formuła starożytnego metalu nie była warta nawet kropli eliksiru życia. Nic nie było tyle warte, żeby można było dokonać wymiany. Constantin nigdy się nie zgodzi na taką transakcję. Zwłaszcza, że prawdopodobnie już sobie zdawał sprawę jakim darem dysponuje Mariusz. Jeszcze nim Drawiński zdradził się z chęcią posiadania mikstury, był uważany przez Priora za osobę niebezpieczną. Constantin nie zawaha się nawet chwili, żeby potraktować Mariusza brutalnie, gdy tylko dotrą do niego wieści co też sobie ten metalurg wymyślił, w zamian za recepturę damastali. Siłą go zmusi do wyjawienia sekretu i nie będzie się wahał skrzywdzić jego najbliższych, jeśli Drawiński się uprze milczeć mimo tortur.

Corbin potrafił zrozumieć motywy Mariusza, jego desperacką próbę ratowania życia żony, ale ten człowiek chyba przy tym nie zdawał sobie sprawy jak wielkie kłopoty może sobie ściągnąć na głowę, tymi niedorzecznymi żądaniami. Sobie i swojej rodzinie. Nic dziwnego, że Fabio postanowił milczeć w tej sprawie. Możliwe, że czekał aż Mariusz ochłonie i sam zrozumie, że wcale nie ratuje życia Lidii, a skazuje swoich bliskich na śmierć. Problem polegał na tym, że Drawiński zdawał się być już zniecierpliwiony i nim dotrze do niego jak wielki błąd popełnia, może być już za późno.

 – Żądasz niemożliwego – podjął wreszcie Radny, powracając do równowagi i odganiając od siebie ponure wizje tego, jak katastrofalnie może się zakończyć ta sprawa. – Zastanów się chwilę o co prosisz. I jakie to może mieć konsekwencje.

– Czy mi się nic do cholery nie należy? – wysyczał Mariusz wściekle i stało się jasne, że on nie rozumie powagi sytuacji. Albo może nie chce zrozumieć. – Przecież wystarczy ledwie parę kropel, co ja mówię! Wystarczy jedna kropla! Nie chcę całej fiolki, ja nawet nie chcę waszej pieprzonej nieśmiertelności. Chcę tylko żeby moja żona wyzdrowiała. A wy macie lekarstwo. Nie widzę powodu, dla którego macie mi odmawiać.

Corbin wstał ze swojego miejsca, a Mariusz powiódł za nim zaskoczonym wzrokiem. Ten ruch był nagły i gwałtowny, a postawa Radnego zdradzał wzburzenie. Z resztą Drawiński potrafił świetnie wyczuć te emocje, więc Corbin nie próbował się z nimi nawet kryć. Ale żeby teraz wypaść wiarygodnie musiał pozwolić przede wszystkim swojemu gniewowi wybić się ponad inne. Nie chciał tego robić i naprawdę czuł się podle ze świadomością jaki cios musi zadać przyjacielowi, ale wiedział że wybiera dużo mniejsze zło. Pogrzebie tę przyjaźń, ale za to uratuje Mariuszowi życie. To dobra wymiana, warta podłości jakiej miał się teraz dopuścić.

– Ja zam co najmniej trzy takie powody – odparł zimno i sięgnął do kieszeni, do której zwykły przypadek włożył mu klucz do rozwiązania tej sytuacji. Wyjął z niej błękitną kredkę Róży, brudną od zaschniętej krwi Witka. – I dwa z nich trzymam właśnie w garści. Są bardzo proste. Loża nie uważa żeby była ci coś winna. Spełniłeś swój obywatelski obowiązek wobec niej zdobywając recepturę i dostałeś za to wynagrodzenie. Swoją drogą, sowite wynagrodzenie. Mimo ciężkiej sytuacji w twoim kraju żyłeś godnie i w dostatku. Twoja odmowa w kwestii zdania receptury sugeruje niewdzięczność i zdradę, a niewdzięczników i zdrajców się karze. Żebyś nie miał wątpliwości: Radzie będzie dużo łatwiej wydrzeć to z ciebie siłą, niż iść z tobą na układy, na które w jej opinii nie zasługujesz. Jesteś arogancki i bezmyślny, ale szybko wybiję ci z głowy te złe cechy.

Mariusz patrzył na niego jakby zobaczył go właśnie pierwszy raz w życiu. Corbin pomyślał z goryczą, że właśnie role się odwrócił. On też posiadał oblicze, o którym Drawiński nie wiedział. Z racji wieku i doświadczeń, w Radnym od dawna kiełkował niechciany cynizm i wyrachowanie. Nigdy nie lubił po nie sięgać, ale nie oznaczało to, że nie potrafił z nich korzystać. Życie już zbyt wiele razy okazywało się okrutne, więc Corbin przytomnie zaczął pielęgnować w sobie pewne odruchy.

– Czy zdajesz sobie sprawę co mogę z tym zrobić? – zapytał teraz złym głosem i pokazał mu kredkę jego córki. – Pewnie nie, jako czarodziej przestrzegający prawa nie masz zapewne bladego pojęcia, jak bardzo czarna magia lubi przedmioty z którymi ludzie są emocjonalnie związani. A jeszcze bardziej od takich rzeczy lubi krew niewinnych. Ale co ty możesz o tym wiedzieć, nigdy nie próbowałeś rzucania klątwy z udziałem demonów. Na twoje nieszczęście ja próbowałem. I powiem ci, że ta kredka to aż nadto, czego potrzebuje żeby rzucić kilka i to wyjątkowo wrednych.

Nagle w oczach Mariusza pojawiło się pełne zrozumienie. On również zerwał się na nogi, niczym rozjuszone zwierzę, ale nie śmiał uczynić kroku w kierunku Radnego. Paraliżujący strach mieszał się u niego z wrzącym gniewem, a spojrzenie mówiło wszystko to, co nie chciało przejść Drawińskiemu przez gardło.

Zdrajca.

– Grozi moim dzieciom, w moim własnym domu? – zapytał tylko cicho, ale dziwnie złowieszczo.

Corbin poczuł jak macki strachu zaczynają go oplatać z wielką siłą. Możliwe, że gdyby nie świadomość tego, iż Mariusz potrafi wpłynąć na jego emocje, nie potrafiłby mu się oprzeć. Teraz jednak już wiedział, że to nic innego jak tylko rodzaj telepatycznej ingerencji, przed którą może zamknąć umysł.

– Pokazuje ci tylko co jeszcze masz do stracenia – odparł sucho, nie ustępując pola darowi Mariusza. – Fabio okazał się dla ciebie naprawdę bardzo łaskawy, ale Fabio jest młody. Wciąż wiele w nim ideałów i sentymentów. Naprawdę źle oceniłeś sytuację sądząc, że ja będę ci bardziej przychylny niż on. Pora żebyś zrozumiał gdzie jest twoje miejsce. – Corbin jednym zgrabnym gestem iluzjonisty sprawił, że kredka zniknęła z jego ręki. Wolał ją ukryć przed wzrokiem Mariusza, obawiał się że ten może zrobić coś głupiego próbując ją odzyskać. – Rada i Prior Magni okazali ci wielką łaskę. Robiłeś co chciałeś i jak chciałeś, pomimo, że chodziło o recepturę wielkiej wartości. Teraz to się zmieni. Zaczniesz robić to co ci się karze i to robić bez szemrania. Albo rzucę tę kredkę między demony.

Mariusz jeszcze przez chwile wyglądał jakby miał się rzucić na Radnego. Corbinowi wydawało się, że nawet zaczął szeptać pod nosem jakieś zaklęcie. Ale po chwili na jego twarzy odmalowała się rezygnacja. Opadł ciężko z powrotem na fotel i beznamiętnym wzrokiem spojrzał na człowieka, którego uważał za przyjaciela.

– Masz rację, źle cię oceniłem – wypluł z siebie z goryczą. – Wciąż zapominam jak naprawdę jesteś stary. Od ilu wieków służysz Radzie. Obdarzenie ciebie zaufaniem było największym błędem w moim życiu.

Corbina zaczęło ogarniać przytłaczające poczucie winy. Żal tak wielki, że aż wycisnął mu łzy z oczu. Temu nie mógł się oprzeć jedynie siłą swojego umysłu, zdaje się, że Mariusz jak tonący chwycił się brzytwy i atakuje wszystkim co ma. Radny zrozumiał, że musiał go naprawdę przerazić perspektywą skrzywdzenia jego dzieci. Nie miał wyjścia, jeśli również nie sięgnie po ciężki kaliber, Mariusz wygra to starcie, a to zwycięstwo przyniesie zgubę nie tylko im obu, ale także rodzinie Drawińskiego.

Corbin sięgnął ręką do swojego karku, zatopił palce we włosach i namacał na skórze niewielkie zgrubienie, linie wyznaczającą kształt tatuażu. Właśnie na taką ewentualność, na wypadek próby zaingerowania w jego myśli i uczucia, nosił zabezpieczenia w swoim umyśle, potężne zaklęcie wplecione w jego zwoje mózgowe. Aktywował zaklęcie, z dreszczem strachu powitał pieczenie na skórze, które niemal natychmiast przeniknęło w głąb głowy i tam rozbłysło obezwładniającym bólem.

Obaj krzyknęli, Radny poczuł pod warstwą bólu jak nieproszone emocje go opuszczają. Mariusz zgiął się w pół jęcząc boleśnie, a z jego nosa i uszu poszła krew. Corbin wiedział, że sam odczuł jedynie słabe echo cierpienia, które zostało przesłane wprost do umysłu intruza. To co jemu wydawało się gehenną, zostało włożone do głowy Mariusza w dziesięciokrotnie większym natężeniu. Drawiński zsunął się z fotela i teraz klęcząc na podłodze próbował złapać oddech, drżącymi rękoma ocierając krew z twarzy. Corbin zaserwował mu tylko chwilę, ledwie mgnienie oka, z tą wyszukaną torturą. Gdyby przytrzymał go dłużej, mógłby trwale uszkodzić jego mózg, a nawet zabić.

– Nigdy więcej tego nie próbuj – powiedział Corbin cicho, stając nad przyjacielem. Miał nadzieję, że ta demonstracja siły wystarczyła żeby wybić Drwińskiemu z głowy ataki mentalne na przedstawicieli Loży. – Ani ze mną, ani z żadnym innym Radnym. Zwłaszcza z żadnym innym Radnym. Raz, że to karalne, a dwa, że tym czego właśnie użyłem mogą cię zabić. I zrobią to bez mrugnięcia okiem. Widzisz, tak naprawdę nie masz nawet jak się bronić. Wyrwałem ci z rękawa twojego asa. – Urwał i przykucnął przy nim. – Twój opór nie ma sensu. Zdaj mi recepturę, a nigdy więcej nie będziesz musiał oglądać ani mnie, ani żadnego innego Radnego. Zostawimy ciebie i twoją rodzinę w spokoju.

– Życzę ci, z całego serca, żebyś doświadczył tego samego – wyszeptał Mariusz zachrypniętym głosem. – Żebyś bezradnie patrzył jak ktoś bliski umiera. Żebyś trzymał w ręku lekarstwo i nie mógł go podać. Żebyś cierpiał tak jak ja teraz.

Corbin dobrze widział jak Drawiński wyciąga okrwawioną rękę w kierunku jego twarzy. Jeśli chciał go uderzyć, to był na to gotowy, sam miał ochotę sobie przyłożyć. Ale Mariusz nieoczekiwanie pogładził jego policzek. Radny za późno zorientował się, że łzy na jego twarzy jeszcze nie wyschły, a Mariusz skorzystał z okazji i skradł mu jedną.

– Przeklinam cię Corbinie Medvene – powiedział Mariusz ledwie słyszalnie, ściskając w dłoni słony dowód słabości byłego przyjaciela.

Po tych słowach rozprostował palce, a przejrzyste, fioletowe płomienie zatańczyły na jego dłoni i po chwili rozwiały się, porywając ze sobą łzę Radnego.

Corbin nie zareagował na to w żaden sposób, Mariusz może przeklinać go do woli, nawet z tak silnym artefaktem jakim jest łza. Zaklęcie ochronne Loży powinno odbić przekleństwo cywilnego maga, nie wprawionego w rzucaniu złych uroków.

– To na nic – westchnął z rezygnacją. – Nie zmuszaj mnie żebym znowu użył siły. Zdaj mi recepturę.

Mariusz powoli podniósł się z podłogi. Wciąż skołowany, chwiejnym krokiem podszedł do komody stojącej przy jednej ze ścian. Z szuflady wyjął notes i długopis, w zawziętym milczeniu nakreślił na kartce kilka wyrazów, po czym zamaszystym gestem wyrwał ją i wręczył Corbinowi.

Na kartce było nie znane Radnemu imię i nazwisko oraz warszawski adres. Popatrzył na Drwińskiego z niezrozumieniem.

 – Co to znaczy?

– Szczepan Gruda to mój uczeń – wyjaśnił Mariusz zimno. – Ambitny młody chłopak, bardzo chciał zrobić karierę jako metalurg. Dlatego zgłosił się do mnie, uważał że to wielki honor pracować dla Loży. A przynajmniej tak mi się wydaje, bo nigdy nie przyznał tego na głos. Ale jako empata wychwyciłem pewne sygnały… Tak czy inaczej dawno nie widziałem takiego talentu, więc uznałem, że dam mu klucz do upragnionej sławy w rzemiośle. Ten chłopak zna recepturę damastali równie dobrze jak ja, a cechuje się większą finezją i pracowitością ode mnie. Po moim zimnym trupie zobaczycie na oczy skład damastali, ale skoro stoisz w moim salonie i grozisz moim dzieciom, nie mam zbyt dużego wyboru. Musze wam dać mojego następcę.

– I oczekujesz, że uwierzę, że chcesz zwalić na głowę ucznia swoje kłopoty z Lożą?

– Och, nie znasz Szczepana. – Mariusz zaśmiał się drwiąco. – To nie on będzie miał problem lecz ty. Jest sam, nie ma nikogo, ani niczego poza swoją ambicją i talentem. Jest uparty, zdeterminowany i z natury nieufny. On się nie przestraszy twoich gróźb, niczego od niego nie uzyskasz, dopóki nie przedstawisz mu atrakcyjnej oferty. I wątpię żeby sprzedał Loży recepturę. Wie że póki jest jednym z nielicznych, którzy ją znają, może ugrać więcej. Więc przyszykuj dla niego dużo pieniędzy i wysokie stanowisko. I czekaj. Aż łaskawie zgodzi się dla was pracować.

– To jakiś absurd. – Corbin zmierzył swojego rozmówcę surowym wzrokiem. – Wrabiasz tego chłopaka, wiesz co go spotka jeśli zacznie stawiać warunki. To nie przejdzie, sprawi jedynie, że oprócz ciebie Loża także zacznie nękać i jego.

Mariusz podszedł do Radnego i z powagą zajrzał mu w oczy.

– Nie dopuścisz do tego – oznajmił stanowczo. – Nie zapominaj, że przejrzałem twoje uczucia, znalazłem w tobie aż nadto poczucia winy, żeby obrócić to przeciw tobie. Pomyliłem się co do ciebie, ale nie aż tak bardzo. Wierzę, że znajdziesz dobre wyjście z tej sytuacji. A teraz, z łaski swojej, wynoś się z mojego domu. Nic więcej nie uzyskasz. Powinieneś się cieszyć, że dałem ci tyle.

 W Corbinie obudził się słuszny gniew. Zdrowy rozsądek co prawda podpowiadał, że Mariusz jest w takim stanie ducha, że nie tyle nie może, co nie chce zrozumieć co właśnie dla niego zrobił – pragnienie ratowania żony odbiera mu trzeźwy osąd.

– To ty powinieneś się cieszyć, że nie zabiłem cię na miejscu – warknął. – Pamiętaj, ze nadal ma tę kredkę i jeśli okaże się, że ten twój cały uczeń, to tylko marny wybieg, zrobię z niej użytyek.

Nie czekał na odpowiedź, teleportował się natychmiast. W mgnieniu oka znalazł się naprzeciw domu Drawińskiego, kilka metrów od ogrodzenia. I pomimo, że zadbał by iluzja nie zdradziła jego nagłego pojawienia się na ulicy, to i tak Kajtek ujadał przy furtce wlepiając w niego ślepia.

Corbin beznamiętnym wzrokiem popatrzył na psa, a potem na dom za nim. Czuł się koszmarnie. W kieszeni namacał cienki i długi kształt cholernej kredki.

Swoich przyjaciół mógł policzyć na palcach jednej ręki i właśnie stracił kolejnego.  Sam już nie wiedział, czy był bardziej zły na siebie, czy na Mariusza z tego powodu, ale w jednym Drawiński się nie pomylił. Corbin zamierzał zadbać o to, aby Loża nie miała pretekstu, aby czepiać się Mariusza i jego rodziny, czy ucznia. Spojrzał na kartkę otrzymaną od przyjaciela i teleportował się pod wypisany na niej adres.

This entry was posted in Damasceńska Róża. Bookmark the permalink.
0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

1 Komentarz
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Lily
Lily
7 lat temu

O matko… Po pierwsze, PRZEPRASZAM! Byłam pewna, że opowiadanie umarło, pogodziłam się z myślą, że zwyczajnie nie masz pomysłu na część dalszą i nie zaglądałam na strone ani forum. Po drugie, DZIĘKUJĘ za rozdział, mam wrażenie, że gdzieś już jego początek czytałam, ale koniec był zagadką :) Po trzecie, rozdział jak zwykle wspaniały i zakakujący, W życiu bym się nie spodziewała, że Corbin będzie taki bezlitosny, to raczej wrażliwa duszyczka jest – a przynajmniej taki mi się wydawało. Najwyraźniej, podobnie jak Mariusz, zapomniałam jak stary i doświadczony to człowiek :) No i po czwarte, ostatnie, mam nadzieję, że przeszedł Ci kryzyz i teraz wena wreszcie ruszy z kopyta, a Ty dokończysz te wszystkie wspaniałe opowiadania! :)